Kolejne gwiazdy w Krakowie


fotografia za: last.fm
.

Do dzieła zatem. Na Coke Live Music Festival 2010 zagrają:

PANIC! AT THE DISCO
THE BIG PINK

.

No. Specyficzna bardzo będzie to impreza, ale z chętnymi na takową widzimy się w Krakowie 20-21 sierpnia.

Tak widząc, że nieoczekiwanie mało osób zna The Big Pink - sprawdźcie ich. Nawet jeśli w kontekście festiwalu to zespół trochę z innej bajki, to popełnili rok temu zgrabny debiutancki album, a do tego mają świetną reputację koncertową.

Coke’a domykanie


fotografia za: last.fm
.

W sumie planowaliśmy tę notkę na jutro, ale rzucamy dziś, żebyście nas już nie męczyli.

Kolejni artyści Coke Live Music Festival 2010 jutro z rana! Zapowiadamy również stworzenie zakładki informacyjnej nt. Coke’a, gromadzącej istotne informacje w pigułce. I może jakiś konkurs? Zobaczy się. Stay tuned.

Beirut wyprzedany w diabły


fotografia za: last.fm
.

Dla tych, którzy wybierali się na koncert Zacha Condona z projektem Beirut 17 sierpnia w warszawskiej Stodole, a jeszcze nie zakupili nań biletów, mamy złe wieści - koncert został wyprzedany. Biletów nie będzie już w oficjalnej sprzedaży, także i na miejscu w dzień wydarzenia. Spóźnialskim pozostaje liczyć na “drugi obieg”.

Przypominamy, że Beirut miał wystąpić na scenie world podczas Open’era 2008, ale wziął się i odwołał z powodu rozpadu koncertowej ekipy Zacha. Jego warszawski koncert supportować będą Paula i Karol, którzy udanie debiutowali na ostatnim Open’erze na scenie młodych talentów.

PS. A jeszcze co do notki o Kings Of Leon poniżej - padł pomysł, żeby na następnym koncercie KOL w Polsce masowo przebrać się za gołębie. Niech się fani zaczynają zatem szykować! A antyfani tym bardziej!

Kings Of Leon vs. gołębia armada


fotografia za: last.fm
.

Generalnie nie zwykliśmy robić za serwis o plotkarskim charakterze, a ten news być może trochę tchnie takowym, ale po zobaczeniu w serwisie Drowned In Sound nagłówka: “Kings Of Leon zeszli ze sceny po tym, gdy gołąb nasrał do ust basiście”, było jasne, że musimy o tym wspomnieć.

Otóż scena, na której Kings Of Leon występowali 23 lipca w St. Louis w Stanach, bombardowana była przez gołębie. Rzeczone ptaszyny zmasakrowały najpierw oba supportujące KOL zespoły, a potem zabrały się za gwiazdę wieczoru. A że zabrały się z jeszcze większym rozmachem (patrz cytowany powyżej nagłówek), to zespół zszedł ze sceny i w obawie przed dalszą inwazją gołębi już na nią nie wrócił.

Jeśli ktoś myślał, że pingwiny z “Madagaskaru” to najbardziej niecne ptaki świata, okazuje się, że był w błędzie. Gołębie z St. Louis zdecydowanie wygrały tę potyczkę. Z pingwinami i Kings Of Leon. Chyba powinniśmy się cieszyć, że na Open’era to się czasem najwyżej jakaś zbłąkana mewa zapędzi…

Przypominamy, że Kings Of Leon byli jednym z headlinerów Open’era 2009. Chętni na więcej szczegółów nt. powyższej historii, znajdą je na stronie NME.

A kto na Selectora ‘11?


fotografie za: last.fm
.

Pewnie ktoś to uzna za celową złośliwość, że z dwóch krakowskich festiwali AA piszemy właśnie o tym, ale skoro nie mamy nowych informacji nt. CLMF, to trza rzec, że selectorowa ankieta jest. Taka sama jak w wypadku Open’era - wpisujecie czterech artystów, których chcielibyście zobaczyć na Selectorze 2011. Ankietę wypełnicie tutaj.

A teraz wyjaśniamy, czemu powyżej obok Sister Bliss i Maxi Jazza widnieje Eddie Vedder: otóż dostępny jest już oficjalny bootleg z open’erowego koncertu Pearl Jam. Wersja mp3 kosztuje 9,99 $, wersja FLAC 14,99 $, a płyta CD 16,98 $.

Wakacyjne dzieje się


fotografie za: last.fm
.

No tak, obiecaliśmy łypać raz na jakiś czas na życie koncertowe w okolicy. Dobra okazja, by wreszcie coś na ten temat naskrobać, to całkiem bogaty nadchodzący weekend.

Zaczniemy może od festiwali. Formalnie szczeciński BOOGIE BRAIN zaczyna się już dziś od pakietu filmowego, ale koncerty i sety didżejskie zaplanowano na 23 i 24 lipca. Pierwszy dzień to polscy artyści z Ms. Dynamite w roli zagranicznej wisienki na torcie, zaś dzień drugi to symboliczna bitwa między berlińską, a londyńską sceną elektroniczną, a wojować będą m.in. Henrik Schwarz, Shed, MJ Cole czy Actress. Szczecińska impreza może nie imponuje ciągle rozmachem (na który niektórzy w tym roku liczyli), ale i tak polecamy.

W Białymstoku w tym samym terminie odbywa się ostatnio mocno promowany festiwal POZYTYWNE WIBRACJE. Ogrodami Pałacu Branickich zawładną acid-jazzowe i funkowe rytmy, a wśród zagranicznych artystów m.in. Us3, Incognito, Gabin czy The Brand New Heavies, a wśród polskich m.in. open’erowy Fox. Tak, rozdawali ulotki tej imprezy przed dworcem na Open’erze!

A tak bardziej w naszych festiwalowych klimatach -  24 lipca w Centrum Stocznia Gdańska po raz pierwszy w Polsce wystąpi DJ SHADOW. Niektórzy liczyli na niego na tegorocznym Open’erze (zwłaszcza, że część trasy ma wspólną z Massive Attack), a tu się okazało, że i tak wpadnie do Trójmiasta, z tym, że do gdańskich sąsiadów. Tylko nieco później. Bilety jeszcze są, zapraszamy.

Gorąco polecamy za to jeszcze jedno wydarzenie - 25 lipca w warszawskim Palladium po raz pierwszy zjedzie do naszego kraju australijska grupa CUT COPY. Czołówka electropopu nie tylko w Australii! Tutaj też sporo osób liczyło na ich wizytę w Gdyni, ale cwaniaki postanowiły sobie zacząć europejski tour dwa tygodnie po Open’erze, więc cóż - nie dało się. Na supporcie French Horn Rebellion, a cała impreza zapowiada październikowy FreeForm Festival. Warto!

A może jeszcze gdzie indziej spędzicie ten weekend?

Kto na Open’era 2011?


fotografia za: last.fm
.

Tradycyjnie już - na oficjalnej stronie festiwalu możecie wpisać swoje 4 muzyczne typy na nadchodzącą edycję Open’era. Ta ankieta nie jest oczywiście decydująca, ale ma spore znaczenie poglądowe. Wybierajcie mądrze!

Kliknij tutaj i wpisz czwórkę wykonawców, których chcesz zobaczyć. Pamiętaj, że Elvis i Michael Jackson nadal nie żyją.

Wild Beasts nominowani do Mercury Prize


fotografia za: last.fm
.

Mercury Prize to jedna z najbardziej prestiżowych nagród muzycznych na rynku brytyjskim. Dziś ogłoszono dziesiątkę płyt nominowanych do tegorocznej nagrody. Wild Beasts zagrali w open’erowym namiocie w ostatni dzień świeżo minionego festiwalu, a nominację zgarnęli za swój drugi album, “Two Dancers”.

Wśród pozostałych nominowanych znajdziemy Biffy Clyro, Corinne Bailey Rae, Dizzeego Rascala, Kit Downes Trio, Foals, I Am Kloot, Laurę Marling, Mumford & Suns, Paula Wellera, The XX i Villagers.

Ubiegłoroczną nagrodę zgarnęła raperka Speech Debelle, która w 2009 dwukrotnie wystąpiła w Polsce (w Katowicach i Gdańsku), zaś wśród nominowanych znalazł się m.in. jeden z headlnerów Open’era, grupa Kasabian. Wśród gwiazd poprzednich Open’erów znajdziemy kilku zdobywców Mercury Prize: zespoły Franz Ferdinand, Arctic Monkeys, Klaxons i wspomnianego już Dizzeego Rascala. Trzymamy kciuki za Wild Beasts lub… za zwycięstwo kogoś, kto na Open’erze pojawi się w przyszłym roku.

Erlend Øye znów w Polsce


fotografia za: last.fm
.

Pewnie niejedno dziewczę zakochało się w najbardziej uroczym nerdzie Open’era 2010. Erlend Øye obiecał, że niedługo wróci i wygląda na to, że dotrzyma słowa. Tym razem nie z “naszym” Kings Of Convenience, a z drugim najbardziej znanym projektem, w którym uczestniczy - The Whitest Boy Alive.

Berliński kwartet, w którym poza Erlendem gra także Polak i dwóch Niemców, zagra w Polsce trzykrotnie - 22 września w Poznaniu, 23 września w Warszawie i 24 września w Katowicach. Dokładne miejsca koncertów, jak i ceny biletów nie są jeszcze znane.

Po mieście chodzą wieści, że tu przyjdzie ludzi dwieście, że w mrokach jesieni 27 listopada w stolicy pojawią się Late Of The Pier. Niestety, nie z koncertem (ich pierwszy i jedyny jak dotąd występ w Polsce na Open’erze 2009 jest ciągle świetnie wspominany), a z setem DJ-skim w klubie Sen Pszczoły. Chętnych zapraszamy, choć my czekamy raczej na drugi album chłopaków i kolejną trasę koncertową.

Podsumowania słów kilka


fotografia za: opener.pl
.

Ha! Ależ teatralnie wyglądało BOO z poprzednią notką jako ostatnią. Minął ponad tydzień od Open’era, był czas żeby ochłonąć, pewne rzeczy na chłodno przemyśleć, poukładać wspomnienia, nie tylko te koncertowe. Pochwalcie się, kto się na Open’erze zakochał?

Line-up tegorocznego festiwalu nie był przyjmowany szczególnie gorąco, tym bardziej cieszy zatem, jak wiele osób wróciło z Gdyni szczerze uradowanych, często głosząc, że skład na papierze wyglądał dla nich średnio, zaś na miejscu było świetnie. Faktycznie, bardzo wielu artystów spełniło pokładane w nich nadzieje organizatorów i dało wyśmienite koncerty, często pozytywnie zaskakując publiczność.

Oczywiście, nie ma absolutnie szans, by każdy występ zadowolił każdego widza, ale pod względem koncertowym ta edycja trzymała się naprawdę mocno. Cieszy zwłaszcza to, że po bardziej komercyjnej i wychylonej w kierunku tzw. indie-rocka edycji 2009, Open’er znów postawił na różnorodność. Tak szerokiego muzycznego wyboru na tym festiwalu jeszcze nie było.

Nie oznacza to, że publika padła na kolana przed wszystkimi wykonawcami. Dla wielu np. największą klapą był Fatboy Slim – oczywiście niektórzy rozczarowali się dlatego, że nie zajrzeli do naszej zakładki o gwiazdach i oczekiwali występu live, podczas gdy Norman Cook daje przecież wyłącznie DJ sety. Ale i ci, którzy wiedzieli, że main stage zamknie w tym roku set didżejski, często wychodzili rozczarowani. Monotonia, techniczne wpadki, całość przydługa i tylko momentami porywająca. Mimo to i tak tłumy tańczyły pod mainem przez całe 2 godziny występu Fatboya, więc bardzo wielu osobom musiało się podobać.

Ale z drugiej strony kto poza wiernymi fanami stawiał na to, jakie cuda będą się działy w namiocie podczas występu Reginy Spektor? Kto spodziewał się, że Skin w tak brawurowy sposób poderwie tłumy pod mainem? Ile osób poszło na Grace Jones z ciekawości, by wyjść zdumionymi, że okazała się być nie zdziwaczałą starą diwą, a żywiołową szamanką?

Na festiwalach nie uniknie się zarówno miłych zaskoczeń, jak i rozczarowań. A przecież i tak u każdego widza ta siatka odbioru koncertów jest inna, ktoś wyszedł znudzony z występu, który potem w internecie chwaliły tłumy, a ktoś z kolei szaleńczo bawił się pod sceną na koncercie, odbieranym jako przeciętny czy przewidywalny. To niby banały, ale warto przypomnieć, że dla każdego Open’er jest własnym, osobistym przeżyciem i każdy sam wypełnia go własną treścią, zaś plakat to tylko pewne ramy, w których się odbywa.


fotografia za: opener.pl
.

Strona artystyczna jako całość dała zatem radę, pytanie co z organizacją? Tutaj pewna doza ambiwalencji. Teren festiwalu, mocno odmieniony, przyjął podobną liczbę użytkowników jak rok temu, a jednocześnie dzięki tym modyfikacjom kolejek było znacznie mniej, zrobiło się luźniej i przestrzenniej. Cena, jaką przyszło za to widzom zapłacić, czyli długie wędrówki ze sceny głównej na namiotową i odwrotnie, dla wielu była jednak wysoka. Niektórzy chętnie się na nią zgodzili, inni marudzą do dziś.

Ocenianie organizacji wypadałoby zresztą podzielić… czasowo. W czwartek nawaliło mnóstwo rzeczy – twierdzenie, że wystąpił nadmiar ludzi na bramkach we wczesnych godzinach wieczornych, nie wyczerpuje istoty problemu, do którego dokładała się niesprawna komunikacja zbiorowa, korki czy ochrona niepoczuwająca się do jakiegokolwiek działania, które mogłoby złagodzić narastający kryzys. Odważna decyzja o wpuszczeniu ludzi bez opasek była z pewnością słuszna, ale niesmak pozostał – zbyt wiele szczegółów nie grało tego dnia właściwie, by twierdzić, że organizacyjnie czwartek wylądował na minusie wyłącznie dlatego, że fani Pearl Jam nie posłuchali wielomiesięcznych wezwań organizatorów (czy naszych) i przyjechali zbyt późno.

Minął jednak kolejny dzień i nagle komunikacja zbiorowa zaczęła działać znacznie sprawniej, do żadnych ekscesów na bramkach nie dochodziło i można było bez zbędnych nerwów cieszyć się festiwalem. Znów poprawiła się też organizacja transportu powrotnego, zarówno po stronie autobusów, jak i SKM, jeżdżącej często i regularnie przez całą noc.

Skoro w jednych kwestiach mogło się w porównaniu do ubiegłych edycji zmieniać na lepsze, można pewnie liczyć, że organizacyjne niedopatrzenia z 2010 roku także zostaną naprawione przy następnym Open’erze. Warto też docenić różne, niby „małe” kwestie, które czasem uciekają percepcji między występami gwiazd – jak np. fantastyczną nową oprawę świetlną na main stage czy wzrost różnorodności oferty miasteczek festiwalowych, która z roku na rok coraz bardziej oddala się od motywu „zjedz kiełbachę i wypij piwo”.

Ale nie tylko o żywieniowe kwestie chodzi, także o stoiska z ubraniami, ozdobami czy muzyką i dodatkowe aktywności w różnych strefach (choć H. osobiście miał diabelną ochotę wystrzelać panów od Tic-Taca, tych od beatboksu koło miasteczka nr 2. Ktoś z Was też?). To są często powolne, delikatne zmiany, dlatego mogą widzom umykać, ale osiągnięty w tym roku poziom naprawdę może cieszyć. Choć oczywiście za rok… „Chcemy więcej! Chcemy więcej!” Planujemy, w oparciu o zarówno własne, jak i Wasze doświadczenia, stworzyć w przyszłym roku małą listę polecanych miejsc.

„Chcemy więcej!” oczywiście wyśmienicie nadaje się na hasło przyświecające organizacji kolejnego Open’era, tym razem jego jubileuszowej, dziesiątej edycji. Nie należy oczywiście oczekiwać cudów – jubileusz czy nie jubileusz, realia nie przestają obowiązywać. Czeka nas teraz kilka miesięcy oczekiwania zanim usłyszymy o pierwszych gwiazdach (negocjacje już trwają), ale jeszcze jedno zdanie na temat świeżo minionej edycji:

Miło było zobaczyć Was tak uśmiechniętych!

No. Co do BOO, to cóż, przez parę miesięcy w teorii niewiele będziemy mieli do roboty. Zastanawialiśmy się nad czasową zmianą formuły na serwis piszący o hodowli zwierząt futerkowych, ale w wyniku głosowania wyszło, że i w tym roku zajmiemy się polecaniem koncertowych wydarzeń w naszym kraju i okolicy. Tyle się dzieje! Aż żal byłoby o tym nie napisać, więc zaglądajcie!

P.S. Z okazji 14 lipca życzymy wszystkiego najlepszego całej Francji! Życzymy sobie też jakichś francuskich artystów na kolejnym Open’erze, bo ostatni francuski występ (M83) wspominamy do dziś!