Open’er 2002-2011
2002
Heineken Open’er Festival wystartował 2 lipca 2002 roku w Warszawie, pod nieco innym wówczas szyldem. Gwiazdą imprezy odbywającej się na Torze Stegny byli The Chemical Brothers, otoczeni wianuszkiem polskich DJ-ów i Smolikiem (który potem jeszcze wielokrotnie występował na festiwalu).
2003
Rok później Open’er przenosi się do Gdyni i przyjmuje obecną nazwę. Edycja 2003 odbywa się 26 lipca na Skwerze Kościuszki, ponownie jest w całości elektroniczna, a jej gwiazdami są brytyjski duet DJ-ski Layo & Bushwacka!, również pochodzące z Wysp Brytyjskich trio Kosheen oraz reprezentujący nurt french house duet Cassius.
2004
Rok 2004 to przełomowy rok dla Open’era. Do wyłącznie elektronicznej dotąd imprezy organizatorzy dodają hip-hop, sprowadzając legendarny amerykański zespół Cypress Hill. Dodatkowo, festiwal po raz pierwszy trwa dwa dni. Drugą gwiazdą pierwszego dnia imprezy jest amerykańska wokalistka popowa, P!nk. 3 lipca, drugiego dnia festiwalu występują Adam Freeland, Goldfrapp i Massive Attack. Festiwal zdobywa pięciocyfrową publiczność.
2005
Edycja 2005 ponownie trwa dwa dni i ponownie odbywa się na gdyńskim Skwerze Kościuszki. Wzrasta liczba wykonawców, a na festiwalu pojawia się trzecie skrzydło muzyczne, rock (tak, tak, dopiero na czwartej edycji Open’era zagrały pierwsze gwiazdy rocka – to dla tych przekonanych, że HOF to przede wszystkim festiwal rockowy), reprezentowane przez brytyjski zespół The Music i przede wszystkim słynnych The White Stripes. Oba zespoły grają 9 lipca, drugiego dnia festiwalu, podobnie jak Lauryn Hill i zamykający imprezę zespół Underworld (kończący koncert w promieniach wschodzącego nad morzem słońca). Pierwszy dzień Open’era 2005 gości wielką gwiazdę hip-hopu, słynnego Snoop Dogga, a także zespół Faithless i świetnie znanego producenta z Brighton, Normana Cooka, ukrywającego się pod pseudonimem Fatboy Slim. Jest to jednocześnie ostatnia edycja festiwalu odbywająca się na Skwerze Kościuszki – popularność imprezy rośnie do tego stopnia, że nie jest on w stanie pomieścić wszystkich chętnych na bilety.
2006
W 2006 roku wieści z obozu Open’era już od zimy elektryzują publiczność. Festiwal przenosi się na wojskowe lotnisko w Gdyni Babich Dołach (gdzie osiądzie już na dobre) i zostaje zaplanowany na trzy dni. W czwartek 6 lipca, pierwszego dnia imprezy, publiczność porywa występ Manu Chao wraz z Radio Bemba Soundsystem, niesamowicie dynamiczny i wyczerpujący dla widzów – festiwal odbywa się w trakcie 30-stopniowych upałów. Na głównej scenie prezentuje się również znany producent hip-hopowy Pharrell Williams, a zamyka ją słynny brytyjski zespół rockowy Placebo, w namiocie zaś prezentują się Nightmares On Wax.
Drugi dzień Open’era 2006 to żywiołowa Skin, energetyczny występ liderów nowej fali rocka, zespołu Franz Ferdinand (wychodzą na scenę za dnia, o 21), po którym na głównej scenie następuje kompletna zmiana nastroju, bo koncertuje słynny islandzki zespół Sigur Rós. Pod sceną zostaje tylko część publiki, reszta rozkłada się na festiwalowych polach, słuchając charakterystycznych dźwięków, kontemplując gwiaździste niebo lub wczuwając się w muzykę z zamkniętymi oczami. Na pewno to jeden z najbardziej emocjonalnych koncertów w historii festiwalu (autor potwierdza, że miał łzy w oczach). Jak to na Open’erze, po Sigurach następuje kolejna klimatyczna wolta i na głównej scenie ze swoim szalonym widowiskiem pojawiają się nowojorczycy z Scissor Sisters. Dodatkowo, tego dnia na scenie namiotowej swoje zimne, wysublimowane elektroniczne dźwięki prezentuje liverpoolski kwartet Ladytron, a na zakończenie grają czołowi reprezentanci słynnej Ninja Tune, zespół Coldcut.
8 lipca, trzeci dzień festiwalu, to na głównej scenie przede wszystkim hip-hop, ale jakże różny: najpierw prezentuje się Mike Skinner ze swoim projektem The Streets (któż nie kocha brytyjskiego akcentu?), a po nim wielka gwiazda amerykańskiego hip-hopu, raper i producent Kanye West. Wielu uważa jednak, że najlepszy koncert tego dnia nastąpił jeszcze później, gdy koncertował angielski taneczny duet Basement Jaxx, wspierany przez szeroki zestaw muzyków, dając fenomenalne i szalone widowisko (goryle na scenie? A czemu nie?). Główną scenę zamykał kończącym się już w blasku dnia setem Roger Sanchez. Ciekawostką był również namiotowy pokaz VJ-ski reżysera Petera Greenawaya.
2007
Rok 2007 to konsolidacja festiwalu na Babich Dołach. Organizatorzy dorzucają trzecią scenę – Młodych Talentów, na której każdego dnia prezentuje się po kilka młodych obiecujących polskich zespołów. 29 czerwca pierwszą gwiazdą głównej sceny jest amerykańska legenda alternatywy, zespół Sonic Youth. Hipnotyczny taniec Kim Gordon na długo zostanie zapamiętany przez fanów, którzy po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć grupę w Polsce. Po SY na głównej scenie w szerokim koncertowym składzie prezentuje się amerykański zespół hip-hopowy The Roots, a zamyka ją świetnym, przeznaczonym dla fanów ambitniejszej elektroniki, nieco psychodelicznym show francuski DJ i producent Laurent Garnier. W namiocie tego dnia występuje angielski kolektyw taneczny Freeform Five, ikona grime’u, londyński raper Dizzee Rascal, a na koniec kilkugodzinny dj-ski set prezentują Niemcy z The Strike Boys.
W trakcie i zaraz przed edycją 2007 aura nie sprzyja organizatorom i festiwalowiczom, jest chłodno i często deszczowo, ale o ile pierwszego dnia festiwalu nie jest to specjalnie uciążliwe, to jednak dzień później następuje punkt kulminacyjny tych niekorzystnych okoliczności. Koncert brytyjczyków z Groove Armady odbywa się w całości w deszczu (przestaje padać tylko na krótki moment). Ci, którzy nie decydują się uciec do namiotu na występ angielskiej formacji Crazy P, mokną do suchej nitki. Po koncercie Groove Armady szef wszystkich szefów Mikołaj Z. zapowiada, że więcej już deszczu na koncertach nie będzie – obietnicy zasadniczo dotrzymuje, a tłum ma szansę ogrzać się i wyschnąć podczas występów legendarnego nowojorskiego trio hip-hopowego, słynnych Beastie Boys i angielskiej rockowej gwiazdy, zespołu Muse.
1 lipca pogoda robi się dużo przyjemniejsza, o 21 pierwszą zagraniczną gwiazdą jest popularny brytyjski indie-rockowy skład Bloc Party. I tak jak dzień wcześniej o tej porze jedna z gościnnych wokalistek Groove Armady przemawia do zgromadzonej publiki, że ta pięknie wygląda w deszczu, tak w niedzielę Kele Okereke z Bloc Party zachwyca się zachodzącym nad publicznością słońcem. O 22 na scenie namiotowej rozpoczyna się drugi open’erowy koncert Beastie Boys, ogłaszany jako instrumentalny, jednak okazuje się być znacznie szerszą podróżą w twórczość tria, z nieśmiertelnym “Sabotage” jak najbardziej uwzględnionym w setliście. Przed 23 tłum pod główną sceną gęstnieje, w oczekiwaniu na ikonę awangardy, chodzącą legendę, islandzką wokalistkę Björk. Występ Islandki przynosi wiele emocji, ale też mnóstwo szalonej zabawy, bo Björk umiejętnie miesza w setliście wolniejsze i bardziej dynamiczne utwory, na sam koniec zostawiając prawdziwą elektroniczną apokalipsę w postaci wykrzyczanego razem z tłumem “Declare Independence”. Festiwal zamyka występ nowojorskiego projektu LCD Soundsystem, z jego twórcą Jamesem Murphym na czele. Dance-punkowa w klimacie impreza pozostawia świetne wrażenie wśród widzów, a gdy nad ranem kończy się festiwal, to publika wychodzi uśmiechnięta – bo czymże są przemoknięte ciuchy, zalane namioty, buty zostawione w błocie wobec potęgi muzyki?
2008
Na siódmym Open’erze funkcjonuje siedem scen - poza wcześniej istniejącą trójką dochodzą dwie sceny imprezowe (jedną z nich jest słynny hangar), a także scena world i eksperymentalna scena Alter Space. Teren festiwalu rośnie o połowę (co wzbudza rozmaite opinie, jedni się cieszą, że Open’er oferuje więcej, inni narzekają na spore odległości do przebycia). Występy gwiazd na festiwalu dynamicznym koncertem otwierają Brytyjczycy z Editors. O 22 scena namiotowa jakimś cudem przeżywa rockową demolkę w wykonaniu The Cribs. Godzinę później uwagę publiczności na mainie skupiają The Raconteurs z Jackiem Whitem i Brandonem Bensonem w składzie. W międzyczasie na scenie world zjawiskowy występ daje amerykańska grupa DeVotchKa, a po niej publiczność porywa DJ Vadim z zespołem wspieranym przez swoją małżonkę, Yarah Bravo. Wcześniej w namiocie parateatralne widowisko odgrywa nowojorski Fischerspooner, po którym pałeczkę przejmują Fujiya & Miyagi. O 1 w nocy skład głównej sceny zamyka naczelna krejzolka Irlandii, Róisín Murphy.
5 lipca to czas zamieszania. Erykah Badu, pierwotnie zapowiadana na 19:00, przesuwa się na sam koniec składu sceny głównej. Tym samym pierwszą gwiazdą tego dnia jest rockowy headliner Open’era, nowojorczycy z grupy Interpol. O 22 olbrzymie tłumy oblegają namiot (i jego okolice) na występie sióstr Casady z duetu CocoRosie. Pół godziny później energetyczny występ na scenie world rozpoczyna Gentleman. Koncertów ciągle bez liku, bo o 23 kontrolę nad main stage (i publiką przed nią zgromadzoną) przejmuje Jay-Z, kolejny z headlinerów imprezy. Wielkie emocje wzbudza odbywający się o północy namiotowy koncert legendarnych Sex Pistols - organizatorzy ze względów bezpieczeństwa zamykają namiot taśmami, aby nie dopuścić do jego nadmiernego zatłoczenia. Wreszcie po 1:30 na scenie głównej pojawia się Erykah Badu, dając bardzo długi, rozimprowizowany koncert, który zakończył się już przy jaśniejącym niebie na wschodzie.
W trzeci dzień festiwalu nieco niepokoju budzą komunikaty pogodowe, szczęściem prognozy robią się z czasem coraz bardziej pomyślne, a deszcz w końcu omija Open’era. Na scenie głównej o 21 pojawiają się Goldfrapp, ze swą zjawiskową, odzianą w koszulę nocną wokalistką. Godzinę później na scenie world pojawia się zupełnie inaczej (bo w suknię) ubrana Martina Topley-Bird, a o 23 na scenę główną wychodzą legendarni Massive Attack (odziani konwencjonalnie - z wyłączeniem opaski “Solidarności” na ramieniu Roberta Del Naja). Ostatnią gwiazdą występującą na festiwalu są The Chemical Brothers, których wsparty wizualizacjami widowiskowy set zamyka Open’era kilkanaście minut po 3 nad ranem. Festiwal tradycyjnie kończy się po 5 rano, gdy dogorywają ostatnie imprezy i pozostaje już tylko czekać na kolejny rok.
2009
Kolejna edycja Open’era po raz drugi w historii rozpoczyna się w czwartek (poprzednia taka sytuacja nastąpiła w 2006), jednak tym razem oznacza to, że festiwal rozrósł się do czterech dni zabawy.
“Opening day”, bo takie miano zyskuje open’erowy czwartek, ma znamiona rozgrzewki, działa tylko część scen, a gwiazdy grają tylko na dwóch z nich – w namiocie o 21 zagraniczny skład Open’era 2009 otwierają dynamicznym koncertem Szwedzi z Peter Bjorn and John. Pierwszy z headlinerów festiwalu, Arctic Monkeys, krótko po 22 wychodzi na scenę główną i… zbiera bardzo zróżnicowane opinie. Nie dość, że dwukrotnie siada nagłośnienie (ostatecznie winą obarczony zostaje mikser AM, ale czy tak było naprawdę, to pewnie nigdy się nie dowiemy), to jeszcze nowa, zdystansowana formuła aktywności scenicznej Małp nie wszystkim przypada do gustu. Lepsze opinie zbierają nowicjusze z Late Of The Pier, którzy 45-minutowym koncertem roznoszą scenę namiotową, zaś po nich na main stage Open’era powracają Basement Jaxx, dając koncert oceniany słabiej niż ten z 2006, ale na pewno dający wiele radości zgromadzonym pod sceną tłumom.
3 lipca to festiwal działający już pełną parą. Na scenie głównej serca polskiej publiczności podbija Beth Ditto z formacji Gossip – serce Beth również zostaje podbite („Ain’t no place like Poland!”). Po wizycie Amerykanów scena przechodzi w ręce Brytyjczyków z The Kooks – formacja skazywana przez wielu na pożarcie broni się świetnym występem i charyzmą sceniczną. Publiczność szczelnie wypełnia namiot na koncercie Duffy, by potem obejrzeć na pogrążonej w ciemnościach tej samej scenie kanadyjski duet Crystal Castles. Wcześniej tłumy na ostatnim koncercie tego dnia na mainie gromadzi Moby, a wspomnieć należy i o mniejszych nazwach na scenie world – pojawiają się tam Islandczycy z Hjaltalín i algiersko-francuski kolektyw Speed Caravan.
Sobota to nieco zamieszania. Przez problemy natury logistycznej koncert Madness zostaje przeniesiony z sceny głównej na scenę world, gdzie dają o 21 całkiem udany występ. O tejże samej godzinie swoim wdziękiem czaruje publiczność namiotu Islandka Emilíana Torrini. Na gwiazdy na mainie trzeba zatem czekać aż do 22, ale za to oczekiwanie zdecydowanie się opłaca – koncert Faith No More zostaje fantastycznie przyjęty mimo siąpiącego przez połowę występu deszczu. O 23 dla swoich licznych fanów, jak również i dla tych, których z FNM wygonił deszcz, niezły koncert dają White Lies. Na scenie world występuje za to hip-hopowy rodzynek edycji 2009 – Q-Tip, członek legendarnej formacji A Tribe Called Quest pokazuje, że jest w dobrej formie zarówno albumowej, jak i scenicznej. O północy bardzo dynamiczny koncert dają Australijczycy na wygnaniu z grupy Pendulum. Występ Buraka Som Sistema zostaje przeniesiony na niedzielne popołudnie, co wielu odbiera jako błogosławieństwo, bo mogą swobodnie udać się na koncert francuskiej formacji M83, która open’erowy namiot wypełnia feerią pozytywnych emocji.
5 lipca to trzech headlinerów na scenie głównej i istne tłumy wszędzie. Ciężko dostać się na sam teren festiwalu, a i na miejscu wiele luźniej nie jest. O 19 klimatyczny występ daje w namiocie Priscilla Ahn. Dla odmiany, portugalski kolektyw Buraka Som Sistema swoim niezwykle dynamicznym koncertem nie bierze jeńców na scenie world. Aż żal, że tak niewiele osób dotarło w te odległe rejony Open’era o tejże 19:30. Lily Allen na scenie głównej zgarnia tłumy, ale nie zbiera zbyt wielu pochwał, trzeba jednak przyznać, że granie przed trójką headlinerów festiwalu to dość niewdzięczne zadanie. Na scenie world solidnie spóźniona pojawia się Santigold, dając za to całkiem niezły występ i kontynuując zapoczątkowaną tego dnia przez BSS tradycję zapraszania publiczności na scenę. O 22:30 na scenę główną wychodzi zespół Kings Of Leon, otwierający tegoroczny festiwalowy plakat. Fani są koncertem w większości zachwyceni, wśród reszty zbiera on dość zróżnicowane opinie. Wielu z tejże reszty z pewnością melduje się o 23:30 w namiocie, gdzie formacja The Ting Tings pokazuje jak przekuć przeciętną płytę w wyśmienity koncert. Po koncercie TTT drogi są dwie – albo na scenę world, gdzie o atmosferę dba pełen koncertowy skład Jazzanovy, albo na maina, gdzie Placebo świetnie rehabilituje się po przeciętnym występie na Open’erze 2006. Potem zostaje już tylko The Prodigy, których pojawienie się istotnie wpłynęło na sprzedaż biletów jednodniowych na niedzielę i następujące potem imprezy w hangarze czy w czerwonym namiocie. No i to tradycyjne oczekiwanie na następną edycję…
2010
Open’er w kolejnym roku pozostaje czterodniowy, do tego bogatszy, bo czwartek zamiast być „opening day” zostaje regularnym dniem festiwalowym. Poza tym dość mocno zmienia się rozplanowanie terenu – pojawia się nowe miasteczko festiwalowe, sceny world i tent zamieniają się miejscami, co przynosi efekt w postaci większego rozproszenia tłumu, dłuższych wędrówek, ale i zdecydowanie mniejszych kolejek.
Jedna kolejka wyrywa się trendowi zmniejszającemu – w czwartkowe popołudnie olbrzymie tłumy szturmują punkty wymiany opasek, które po jakimś czasie zatykają się, przez co tysiące ludzi bardzo długo czeka na wejście. Organizatorzy pokazują, co znaczy sprawne zarządzanie kryzysem, wpuszczając ludzi na podstawie biletów, bez opasek, odkładając ich założenie na później, ale pewien niesmak jednak pozostaje.
Życie sceniczne rozkręca się pierwszego dnia szybko – zagraniczny skład maina otwiera Ben Harper, otrzymany przez nas niejako w pakiecie z czwartkowym headlinerem, legendą rocka, zespołem Pearl Jam. Zanim jednak kwintet z Seattle na dwie godziny weźmie scenę główną we władanie, na scenie world prezentują się The Phenomenal Handclap Band, pokazując co to znaczy szeroki skład, zaś w namiocie o 21 potężną imprezę rozkręcają inni nowojorczycy z Yeasayer. Występujący po nich Tricky musi już rywalizować o publiczność z headlinerem, a i tak gromadzi spory tłum, którego część zaprasza na scenę. Przed pierwszą w przeciągu kwadransa startują dwie potężne imprezy – koncert Groove Armady na scenie głównej i set 2 Many DJ’s w namiocie. Ci, co nie mają ochoty tańczyć, mogą przenieść się na piaski Sahary dzięki Tinariwen, którzy czarują gitarami na scenie world.
Drugiego dnia festiwalu pierwsza zagraniczna gwiazda gra już o 17. Kontrowersyjny raperski skład z RPA, Die Antwoord, doprowadza do ekstazy swoją publiczność, niezwykle liczną jak na tak wczesną porę. Na scenie głównej swój pierwszy koncert w Polsce dają Mando Diao, stawiając na rozbujanie widzów. Gdy trwa jeszcze występ Szwedów, wielkie tłumy gromadzą się na koncercie Grace Jones. 62-letnia artystka daje widowiskowy występ, pokazując, że po tylu latach kariery nie straciła ani kondycji, ani charyzmy. Trzeci już open’erowy koncert Massive Attack poprzedza krótki recital fortepianowy Marka Drewnowskiego dla uczczenia dwusetnej rocznicy urodzin Chopina. W namiocie późny wieczór należy do weteranów indie rocka z Pavement, którzy podobnie jak Faith No More rok wcześniej, potwierdzili tezę, że są reaktywacje, których sensem nie są pieniądze, a świetne koncerty. Przed Amerykanami występują o wiele młodsi Brytyjczycy z Klaxons, zacierając słabe wrażenia z ich koncertu w Łodzi. Na scenie głównej dzień zamyka parateatralnym widowiskiem Empire Of The Sun, dzieląc publiczność na dwie części – zachwyconą i znudzoną. Ci drudzy już po półgodzinie mogli się wymknąć na koncert hip-hopowej formacji Cypress Hill, która wraca na Open’era po 6 latach przerwy.
Sobota to ciągle upalna pogoda. W zachodzącym słońcu pokaz scenicznej energii daje Skin, wokalistka zreaktywowanego zespołu Skunk Anansie. Choćby dla koncertowych szaleństw Skin – warto było. Zupełnie inny klimat panuje po 21 w open’erowym namiocie, gdzie Regina Spektor przeżywa potężne zaskoczenie oczekującym jej tłumem, podobnie jak jego żywiołowymi reakcjami. O 22 na scenę główną wychodzi numer dwa plakatu, zespół Kasabian. Brytyjczycy na początku koncertu zostają skrzywdzeni fatalnym nagłośnieniem, ale z czasem następuje poprawa zarówno w dziedzinie dźwięku, jak i zaangażowania muzyków, którzy odwdzięczają się za gorące przyjęcie („Poland, you’re fucking empire!”). O północy na scenie głównej pojawia się grupka nerdów, którzy przyszli poderwać tysiące ludzi do tańca. Hot Chip to potrafią, a pod sceną znajduje się całkiem sporo osób, twierdzących, że są „ready for the floor”. Po północy swój set w namiocie grają Gorillaz Soundsystem, ale w porównaniu do szaleństw na 2 Many DJ’s wypada to dużo słabiej. Znacznie lepiej za to sprawia się Matisyahu, czołowy Żyd line-upu 2010, dając wyśmienity i bardzo długi koncert na scenie world.
Niedzielę wśród gwiazd rozpoczynają o 19-tej Norwegowie z Kings Of Convenience. Erlend Øye swoim niewątpliwym urokiem podbija serca open’erowej publiczności, która chyba po raz pierwszy w historii festiwali została poproszona, by… reagowała mniej żywiołowo. Kompletnie odmienne klimaty panują godzinę później na scenie głównej, przez którą przetacza się gitarowe szaleństwo The Hives. Kto umie szybko biegać, ten rusza do namiotu na występ Wild Beasts, pozostali oczekują na ostatniego z headlinerów. The Dead Weather rozbrzmiewają soczyście, choć i tak znajdują się tacy, którzy z nostalgią myślą o pierwszym zespole, z którym White zagrał w Gdyni. W namiocie dla swej licznej polskiej publiczności grają Archive, ale prawdziwym wydarzeniem jest wspólny koncert Nasa i Damiana Marleya na scenie world. Grają bardzo długo, sprawnie poruszając się w obrębie swych odmiennych światów muzycznych. Ostatnim z zagranicznych artystów, jaki prezentuje się na Open’erze 2010, jest Fatboy Slim, który i tam razem zbiera zróżnicowane recenzje. Niektórzy już w trakcie jego seta, patrząc na niebo przez lasery śmigające nad głowami, myślą pewnie o nadchodzącym następnym Open’erze. Bardzo słusznie, bo jak zawsze kolejny festiwal jest bliżej, niż się zdaje. Prawda?
2011
Jubileuszowa, dziesiąta edycja festiwalu, poza paroma nowościami, jak ultrapopularne Silent Disco i nieco mniej popularny, acz widowiskowy diabelski młyn, przebiegała pod znakiem wielkiej różnorodności pogodowej.
Czwartek był bardzo przyjemny – słońce wlewało się do namiotu podczas koncertu The Twilight Singers, nieszczególnie mrocznie było też podczas występu The National na scenie głównej, choć tam fani woleliby trochę ciemności. Two Door Cinema Club poderwali do zabawy tenta, a kończąc swój koncert po godzinie, uniknęli masowego exodusu widzów przed występem headlinera. Słychać, że Coldplay podoba się tłumom fanów pod sceną, zresztą z wzajemnością. Miłośnicy brytyjskiej muzyki popularnej pewnie z cięzkim sercem udawali się na występ Paolo Nutiniego. Ostatnie trzy koncerty to trzy opcje na ruszanie się: absolutnie taneczny koncert Simian Mobile Disco, pozytywne bujanie na scenie world, czyli Fat Freddy’s Drop i odrobina elektronicznej psychodelii w wykonaniu wyśmienitego Caribou w namiocie. Sun, Sun, Sun, Sun…
Piątkowa pogoda to zaprzeczenie czwartku. Snujące się chmury, zimno, mocny wiatr i wreszcie deszcz, który z nieszczególnie długimi przerwami siekł przez cały dzień festiwalowy. Artyści grający na otwartych scenach nie poddawali się w próbach poderwania publiki do zabawy – Abraham Inc. na scenie world stanowili doskonały przykład na początek. British Sea Power, mimo wypełnionego deszczowymi uciekinierami namiotu, nie skorzystali z szansy, by porwać tłumy. Za to grający w znacznie trudniejszych warunkach (deszcz plus wiatr na scenę) Pulp pokazał, co to znaczy fantastyczny koncert. Jarvis Cocker dzięki swej charyzmie i dzieleniu losu zmoczonych open’erowiczów, dołączył do grona żywych legend festiwalu. Wieloosobowy zespół Youssou N’Doura także nie ustępował w próbach rozgrzania widzów. Nie poddali się też Foals, grając o północy z wielką determinacją i zaangażowaniem. A kto chciał potańczyć pod dachem, mógł czynić to w namiocie na Cut Copy i Crystal Fighters, a potem tanecznym krokiem udać się do – daj Boże – suchego łóżka.
W sobotę pogoda się ustabilizowała. Może i bez słońca, ale przynajmniej nie trzeba było co chwila wyżymać skarpetek. Dzień ustawiony był pod jeden występ, ale zanim do niego doszło, najpierw odrobinę ciepła próbowali wpompować w widzów Duńczycy z The Asteroids Galaxy Tour. Odrobinę ekscentryzmu i dużo świetnego basu zaprezentował za to Primus na mainie. W namiocie zaś od dynamicznej i ostrzejszej strony pokazała się Kate Nash, a niektórzy fani pewnie do dziś wspominają jej zejście ze sceny i uściski z publicznością. No i w końcu on. Prince! Ponad dwugodzinny koncert, który zgromadził olbrzymie tłumy i mało kogo pozostawił obojętnym. A po nim – pokaz fajerwerków z open’erową ścieżką dźwiękową, też palce lizać. Potem impreza nieco wytraciła impet, namiotowcy z Chapel Club dali wyjątkowo krótki koncert, zaś fani Big Boia musieli czekać na niego naprawdę długo, ale na szczęście w końcu się pojawił i nie szczędził energii, by wynagrodzić to oczekiwanie.
Niedziela, czyli znów ciepło i słońce zalewające open’erowe przestrzenie. Najpierw impreza rozkręcała się powoli: These New Puritans nie do końca odnaleźli się ze swoim repertuarem o tej porze i w tym miejscu, a The Wombats w zachodzącym słońcu odnieśli połowiczny sukces w próbach porwania publiki do tańca. Za to James Blake zauroczył wypełniony po brzegi namiot, samemu chyba będąc nieco speszonym skalą sukcesu, zaś The Strokes, ostatni z headlinerów, dali energetycznego kopa. Na Hurts w namiocie znowu tłumy i… zdania podzielone. Fan(k)om się w większości podobało. M.I.A. to najbardziej kontrowersyjny show festiwalu. Niektórzy zachwyceni, wielu zniesmaczonych, ale znając M.I.A., można było się skrajnych opinii spodziewać. Na finał festiwalu zabawa bez hamulców pod flagą Kanady. Najpierw Chromeo porwali swym funkowym brzmieniem i niewątpliwym urokiem osobistym namiot, a potem deadmau5, w słynnym mysim hełmie i z potężnym wsparciem od strony wizualnej kazał tańczyć ludziom, którzy wytrwali do tak późnej pory pod sceną główną. Pierwsza dekada Open’era – za nami.
tekst: H.
lipiec 9th, 2009 at 13:38
underworld i wschodzące słonce w 2005 na skwerku —to był widok!
styczeń 3rd, 2010 at 22:08
zobaczyć Prodigy i umrzeć…
styczeń 8th, 2010 at 14:58
zobaczyć Placebo jeszcze raz w 2010 i umrzeć! <333 kocham kocham kocham. Open’era i Placebo po równo.
styczeń 18th, 2010 at 19:58
ha, mógłbym ułożyć sobie niezłego Opener’a z wykonawców, którzy już się pojawili:)
luty 12th, 2010 at 02:31
Za The Prodigy w tym roku też mogła bym umrzeć!
luty 26th, 2010 at 21:36
@MoNiA żal mi Cię!
kwiecień 24th, 2010 at 20:22
underworld i wschód słońca faktycznie było niepowtarzalnie, na żadnym openairze potem już takiego tematu z takim klimatem nie przeżyłem
maj 19th, 2010 at 23:11
Przeczytaj caly blog jest bardzo dobry
październik 31st, 2010 at 23:38
Placebo w 2009 było kapitalne lecz krótkie… Widziałem ich później w listopadzie w stolicy i było zajebi….:):):)Myślę, że nie ma szans by zobaczyć ich ponownie w 2011 bo chłopaki odpoczywają i szykują się do pracy nad nowym projektem… Co by nie gadać PLACEBO WYMIATA:):):):!!!! Pozdrowienia